sobota, 23 września 2023

Pierwsze kroki - część 3 - "Poważne dzieciństwo".

Teoretycznie maluję już dłużej niż 25 lat i mógłbym nawet 30 lecie obchodzić za rok, niemniej, postanowiłem w tej kwestii przyjąć zasadę, że lata biegną nie od mojej decyzji co będzie esencją mojego życia, ale od czegoś namacalnego dla wszystkich - czyli otwarcia pierwszej wystawy indywidualnej - a ta miała miejsce w marcu roku 2002...

Tak czy inaczej - dzisiaj publikowana część autobiografii dotyczy okresu związanego z obowiązkową nauką w szkole podstawowej - gdym miał lat 7-15 / w okresie 1982 - 1990.

Czyli, z grubsza, najlepszy czas dzieciństwa - już w miarę świadomego, pełnego pasji, ciekawości, stanowiącego zazwyczaj bazę pod wszystkie dalsze wybory...

No to lecimy...

Dla każdego dzieciaka, jak sądzę, początek szkoły wiązał się z wieloma, często zupełnie sprzecznymi odczuciami - z jednej strony kończy się czas wolności, z drugiej, ekscytowały nowe wyzwania, poznawało się masę nowych ludzi... Być może jednak, to przejście bywało i niejako wyzwoleniem, zwłaszcza, dla dzieci, które żyły już parę lat w kieracie komunistycznych przedszkoli i miały długo do czynienia z takimi osobami jak te przedszkolanki..., o których poprzednio pisałem, a które - w dzisiejszych warunkach - bardzo szybko wyleciałyby z roboty z wilczym biletem, albo gorzej... (...). 

Chciałbym jednak wrócić jeszcze na chwilę, do wcześniejszego okresu roku 1982. 

Nie ma tu miejsca na cytowanie za książkami czy Wikipedią szczegółów przebiegu Stanu Wojennego, zwłaszcza, że opisuję ten czas tylko z własnej - perspektywy małego dziecka..., zresztą, każdy chętny albo wie, o co chodzi - albo może z łatwością znaleźć wiele, szerokich opracowań tego tematu. W każdym razie, najbardziej utkwiło mi w pamięci - zimy, wiosny i lata roku 1982, powszechne zniechęcenie, jakiś taki dziwny smutek, wyczuwalny jak gdyby nawet zapach strachu w powietrzu. Niewiele wychodziłem z domu, może dopiero w maju i latem, mniej gdziekolwiek bywaliśmy, głównie bawiłem się w domu, czytałem pierwsze  - jeszcze mocno ilustrowane "książeczki"... Dodatkowo obowiązywała tzw., godzina policyjna - ograniczająca możliwość przemieszczania się wieczorem i nocą, czyli nie było też długich wieczornych spotkań u dziadków, nie było świąt w gronie krewnych z innych części kraju..., kiepski czas, z którym jako tako porównywalny jest chyba tylko ten ostatni, zwłaszcza z drugiej połowy roku 2020 i części 2021... 

Choć i to, nie ze wszystkim.

Kiedyś, wracając - od dziadków, szliśmy z rodzicami - krótko przed godziną policyjną - przez wiadukt łączący Stare Miasto (ul. Wojska Polskiego), z Nowym Miastem i innymi osiedlami. Pamiętam tak dobrze, jak by to było wczoraj - długi szpaler ciężarówek wojskowych, amfibii i czołgów, które z ciężkim jazgotem - wprawiającym w fizyczne drżenie cały wiadukt - przejeżdżały w sobie tylko znanym kierunku... Było to jeszcze zimą i ten efekt zimna, ogólnej szarości, brudnego śniegu na drodze i jego wszechogarniającej bieli dookoła, widok tych ciężkich, ponuro wyglądających pojazdów wojskowych - wryły się w moją głowę tak bardzo, że myśląc o tamtych czasach, ten jeden widok wynurza się jako pierwszy i jako ostatni znika..., wracając też czasem w snach... 

Były jednak wyjątki od tej reguły. Pierwszym i drugim - krótkie z musu, ale możliwie

częste wizyty u dziadków. Babcia Zosia i dziadek Józek - rodzice mojej mamy - mieszkali

blisko i u nich mogliśmy bywać i pół dnia, a i zresztą dochodziły re-wizyty ich u nas, choć

dziadek podówczas pracował w banku. Dziadkowie Galińscy - Ada i Lolek 

(czyli Aniela i Leon), mieszkali o wiele dalej, zatem u nich w tamtym roku, wyjątkowo,

bywaliśmy rzadko, raz, raz nawet po upływie godziny policyjnej przemykaliśmy przez

 "Mały mostek" - dziś drugi wiadukt, wówczas małą pieszą kładkę łączącą stare i nowe

miasto... Za to ich dom - mieścił się w kamienicy "farmaceutów", nad apteką, w samym

sercu starego Tczewa - na placu Hallera. Jak już pisałem w części 1, dziadek Leon był

farmaceutą - acz jeśli chodzi o aptekę, jak pamiętam z kilku pierwszych lat życia, pracował

znacznie bliżej mojego miejsca zamieszkania - na rogu ulicy Gdańskiej i Mostowej. 

W każdym razie, stare, duże mieszkanie w kamienicy - wysokie stropy, wielkie okna, 

meble pełne książek i starych bibelotów - powodowały jakiś taki przyjemny dla mnie

nastrój, odmienność od biało pomalowanych, jednakowych z grubsza mieszkań w blokach 

i wieżowcach. Bardzo lubiłem przesiadywać u dziadka Lolka, a ponieważ ten tekst nie

będzie nieskończenie długi - tu już napiszę, że dziadek zmarł, gdy miałem 10 lat, 

babcia Ada żyła dłużej, ale przyznam szczerze, że choć częściej u niej bywaliśmy, więcej

czasu spędzaliśmy z kuzynami, krążąc po tym fajnym, starym mieszkaniu.

Dziadek Lolek był też muzykiem, prowadził w Tczewie męski chór "Echo", ogólnie miał

bardzo wielu znajomych i nieliczne wspomnienia ze spacerów z dziadkiem Lolkiem

zapamiętałem z tego, że wciąż się zatrzymywał, z kimś rozmawiał, albo co i rusz uchylał

staromodny kapelusz... 

Był mądry, ale i skłonny do żartów - ja wówczas zacząłem interesować się dinozaurami, 

i dziadek często przekomarzał się ze mną mówiąc np., 

- A..., a ten dinozaur z małą główką, to pewnie duplodokus? 

Ja zaś z (zabawnym z perspektywy) oburzeniem mówiłem - Ależ nie dziadku, to Diplodokus...

Eh, stare dobre czasy... 

Było jeszcze jedno miejsce, gdzie często bywaliśmy i..., nadal bywamy - więc do tematu

 wrócę jeszcze w kolejnych częściach tego cyklu - a to u znajomych naszej rodziny, u

 (przyszywanej) cioci Gabrysi. Sad, ogród, wówczas samiutkie przedmieścia, osiedle

 domków jednorodzinnych, po prostu raj dla dzieciaka lubiącego podglądać owady i inne

stworzenia, gdzie zawsze było wiele kotów, psy, śpiewała masa ptaków... 

Zatem - choć czas między 6 - 7 rokiem mojego życia nie obfitował w zdarzenia pozytywne,

nie mogę powiedzieć, by było tylko źle, o, co to, to nie. 

Nadszedł jednak wrzesień roku 1982 i..., wszystko się zmieniło. 

Choć, zanim o tym, wspomnę jeszcze, w miarę, ehm, krótko..., o czymś istotnym. 

Oto ja, dzieciak od zawsze skupiony przede wszystkim na tym co mnie..., interesowało, 

nie miałem nigdy zbyt wielu znajomych. Na osiedlu wielu bloków i wieżowców - prawie

zespolonych ze sobą ulicą "Aleja Zwycięstwa", osiedli "Nowe Miasto" i "Garnuszewskiego", 

miałem, tak naprawdę, na co dzień, tylko dwóch kolegów - Roberta Zgirskiego 

i Marcina Polaka. Bawiliśmy się setnie, razem odgrywaliśmy różne scenki z filmów

przygodowych, czy z dzikiego zachodu - z popularnych filmów i seriali na podstawie

opowiadań Karola Maya (jeśli znajdziecie te stare seriale, spróbujcie posłuchać Apacza

Winnetou przemawiającego po niemiecku albo jeszcze lepiej - po czesku...). 

Było w tych zabawach coś niesamowitego, wyobraźnia dzieci jest niezmierzona, gdybym

tak głęboko w nią wchodził w dorosłości, zapewne zdiagnozowano by u mnie halucynacje...

Ten rodzaj zabaw był czymś powszednim w naszych czasach. Lecz my również

"polowaliśmy" (bezkrwawo) na "dzikie zwierzęta" w postaci niezliczonej (podówczas)

 obfitości koników polnych, chrząszczy różnorodnych, żab, kijanek, traszek, jaszczurek...

Razem bywaliśmy na pierwszych wypadach na ryby, albo dalekich spacerach po obrzeżach 

miasta (za które nie jeden z nas i nie jeden raz dostawaliśmy nieźle w tyłek...). 

Tak naprawdę to ja byłem inicjatorem większości tych zabaw, a i większość..., złowionych

przez nas stworzeń - albo po zabawie, albo po pobycie w moim terrarium - wracało na wolność. 

Piszę o tym, ponieważ dzieciaki w tym wieku zazwyczaj bywają dość okrutne, pamiętam

jak starsi chłopcy zabrali nam kiedyś złapaną jaszczurkę i..., zrobili jej takie rzeczy, że tu o

tym nie napiszę..., bo jeszcze przeczyta jakiś taki domorosły psychol i powtórzy... (...). 

Mnie jednak, od najmłodszych lat zajmowało raczej to, jak żyją, gdzie, czym się żywią

różne stworzenia, nie miałem przyjemności z ich zabijania. 

Z anegdot..., mając około 8, może 9 lat wymyśliłem, że w okolicy naszej krąży wielka 

zielona jaszczurka, taki jakby legwan, czy waran..., swego czasu głośno było w kraju 

o kilku podobnych przypadkach, ale ten tczewski był czystym wymysłem, moim. 

Najzabawniejsze - opowieść przyjęła się i rozprzestrzeniła, tak, iż jeszcze kilka lat później 

inne, mniej nam znane dzieciaki - w wielkim sekrecie opowiadały nam moją własną 

historię... 

Poza tym, dzieci w wieku 5-8 lat zazwyczaj wybierają grę w piłkę, siatkę, ganianie się,

zabawę w chowanego, albo - wówczas popularne gry "w klasy" czy "w grykla" - gdzie

gryklem była pusta puszka po paście do butów - wówczas dość popularnych niemal 

w każdym domu... 

Moje pierwsze przyjaźnie trwały jeszcze przez większą część podstawówki, choć

stopniowo zajmowaliśmy się już bardziej swoim, odrębnym życiem, zwłaszcza, że najpierw

Robert trafił do innej szkoły niż ja i Marcin, potem, w czasie liceum, zmieniały się nasze

zainteresowania, a w końcu moi rodzice - zatem i ja, wyprowadziliśmy się w zupełnie inną

część miasta. Prawdę pisząc, ani jednego ani drugiego nie widziałem już tak długo, 

że prawdopodobnie nie poznalibyśmy się tak, na "pierwszy luk". 

Szkoła..., zauważyliście, że próbuję zacząć ten temat już któryś raz, czwarty? Piąty? 

Ha..., ale tak to już jest ze wspomnieniami, czasem otwierasz jeden "folder", a tu wysypuje

się zawartość całkiem innego... 

Szkoła - szczerze pisząc nie pamiętam pierwszego dnia, a aby tak było, musiałem się na nim

straszliwie wynudzić... Zapewne myślami byłem zupełnie gdzie indziej.

Trafiłem do szkoły podstawowej nr. 11 - nie w "moim" rewirze ze względu na zamieszkanie, 

ponieważ szkoła przynależała raczej dzieciakom z osiedla "Garnuszewskiego" a dzieciaki 

z naszego, trafiały zazwyczaj do szkół nr. 2 i 3. Ale, jako, że mój ojciec (i Marcina Polaka),

pracował w 11-tce..., cóż. Bycie "nauczycielskim dzieckiem" sprawiło też, że ominął

mnie los "kota", "pierwszoroczniaka", traktowanego nieciekawie przez starsze roczniki. 

Nie miałem żadnych szczególnych przywilejów, chociaż..., to moja perspektywa - zwłaszcza, 

że jednak znali mnie wszyscy nauczyciele..., a uczniowie "ruszali" tym mniej, że ojciec mój

był (żyje, nawet dorabia w zawodzie, ale już na emeryturze), wu-efistą... 

Nie mogę powiedzieć, bym był dobrym uczniem. Ani też szczególnie słabym. Rzadko kiedy

chodziło o brak talentu do jakiegoś przedmiotu, raczej, dość szybko zacząłem myśleć, że

wolę skupić się na tym, co - dla mnie - jest istotne. Zdawałem z klasy do klasy, tylko chyba

w 7 klasie potrzebując nieco korepetycji z fizyki, ale jak już chciałem, zawsze ostatecznie

wychodziłem na plus. Jeśli chciałem... Nie powiem, by moi rodzice byli szczególnie

szczęśliwi z tego powodu, zdarzały się i szlabany, i "klapsy", i inne reprymendy, ale jakoś

tak ze mną było od małego, że na kary reagowałem słabo, wcale, albo dla "świętego" spokoju

(i ochrony tyłka), wbrew sobie robiłem to, co było konieczne i..., ani minimetra więcej... 

Byłem raczej grzecznym dzieciakiem, uczniem, lubiłem siadać "na widoku", ale też

niekoniecznie "za bardzo", bowiem, jeśli przedmiot mnie nie interesował..., z lekcji

wyniosłem zeszyty pokryte..., przede wszystkim - najróżniejszymi szkicami, notatkami 

z domowych "badań dzikiej przyrody", albo scenariuszy kolejnych, a mniej więcej od piątej

klasy także - z pierwszymi opowiadaniami. 

Skłamałbym jednak gdybym napisał, że szkoła w ogóle nie była dla mnie interesująca.  

Lubiłem historię (choć nie zawsze historyków...), lubiłem biologię, wu-ef..., pracotechnikę, 

na początku również geografię i nawet nie wiem czemu później już mniej. Jedyny, obowiązkowy 

język obcy - czyli rosyjski..., cóż, uczyłem się go, zdawałem z klasy do klasy, ale szczerze 

mówiąc mimo kilku lat nauki, nie pamiętam z niego prawie nic. Język polski ogólnie też 

lubiłem, ale w szkole podstawowej mieliśmy trochę pecha - może napiszę o tym kiedyś 

więcej, ale dziś nie mam ochoty aż tak psuć sobie humoru... Mogę tylko powiedzieć jedno 

- czytać bardzo lubiłem, lubiłem też zawsze wiedzieć co poeta miał na myśli, znać historię 

dookoła, konteksty kulturowe - choć nawet nie potrafiłbym podówczas użyć takich słów,

by odpowiednio określić swoje zainteresowania... Niemal wszystkie lektury czytałam zanim

to było konieczne, nawet Dziady, może..., wyłączając Słowackiego. Jakoś jego styl nigdy

nie przypadł mi do gustu. Gorzej u mnie było z przedmiotami "ścisłymi" czyli matematyką, 

chemią i fizyką. Właściwie nie wiem czemu, w końcu proporcje, działanie świata, biologia, 

opierają się na prawach fizyki i zależą od wielu aspektów chemii... Niemniej, było jak było. 

Ale choć "krnąbrny", nie okazywałem tego, czyli zewnętrznie byłem raczej z tych

grzecznych chłopców, nigdy nie zapaliłem papierosa, nigdy niczego nie próbowałem, 

a do 17 roku życia właściwie nie piłem też alkoholu. Nie uciekałem z domu, nie byłem

łobuzem, nie chodziłem na wagary..., to znaczy, na wagarach byłem dosłownie tylko 1 raz,

w dniu wagarowicza, w wieku 15 lat - tuż przed ukończeniem szkoły... 

W szkole, w tzw., samorządzie szkolnym nigdy się nie udzielałem. 

W ogóle, szkoła była dla mnie tym, czym dla pasjonatów określonej dziedziny jest praca

- czymś koniecznym, owszem, jak wyżej wspomniałem, czasem nawet dość interesującym,

ale..., nie tak jak życie poza nią. 

Dodam tu jeszcze - dla porządku - że w klasie oczywiście jakoś tam kolegowałem się po troszku 

ze wszystkimi, ale, tak naprawdę, konkretnie, zaprzyjaźniłem się tylko z kilkoma kolegami

z klasy. Byli to: Sławek Madaj, Szymon Nieżwicki, Tomek Szlagowski i Krzysztof Roch,

Krzysztof Gmyrek, a od piątej klasy doszedł do nas - i jakoś szybko nawiązałem znajomość

- z Marcinem Lisem. Dzieliliśmy liczne zainteresowania... W ogóle, jak to jest, że dzieciaki

mają - na raz - aż tyle różnych zainteresowań, szkołę, zadania domowe, wycieczki z rodzicami, 

wyjścia do rodziny, co i rusz jest się u kogoś "na urodzinach" i i tak dają radę... cuda jakieś,

albo zagięcia czasoprzestrzeni... 

Nie sposób wymienić wszystkich wspólnych wypadów, spacerów po mieście, dni spędzonych 

na najróżniejszych zabawach, wymienianiu się znaczkami i innymi efektami młodocianego

kolekcjonerstwa, tysięcy żartów, opowiadania sobie snów, wspólnego marzenia o wszystkim 

i niczym... Wszystkich nie sposób, zatem opowiem je przy innej okazji...

Co jednak nutą smutku kładzie się na tym wszystkim, to to, że moje bliskie znajomości 

z podstawówki rozmyły się w czasie tak samo, jak te najwcześniejsze -  "podwórkowe".  

Najwięcej przeszkodziło liceum, które w ogóle, z mojej perspektywy, było jednym wielkim

błędem, od wyboru miejsca, przez wszystko niemal, co się tam działo, po prostu błąd. 

Ale o tym jutro. Kolejna szkoła naturalnie zawsze rozwiązuje wiele więzów i sprawia, że

znajomości z musu słabną, ale nie zawsze się urywają. Zresztą, nikt temu, albo wszystko na

raz - winne, też i ja, ponieważ tak mocno skupiam się na swoich pasjach, że czasami

niewiele wystarczy, by różne znajomości po prostu stopniowo zanikały. 

Tu jednak, zaważyło wiele innych spraw. Szymon wyjechał za granicę, Sławek gdzieś na

południe Polski, Krzysztof Roch i Marcin Lis do Gdańska (nie wiem czy mieszkają tam nadal), 

Krzysztof Gmyrek..., to nawet nie wiem, jakoś się w pewnym czasie wszystko pogmatwało. 

A..., z Tomkiem Szlagowskim spotkam się kiedyś, tylko pod warunkiem, że istnieje coś

takiego, jak życie pozagrobowe... Tomek, jeszcze jako bardzo młody człowiek dowiedział

się jak jest, w wyniku wypadku samochodowego. My wszyscy dowiemy się kiedy indziej.

Szkolne opowieści... 

Chyba zostawię je na przyszłość, zapewne, po zakończeniu cyklu wymyślę jeszcze parę

powodów do powrotów, uzupełnień... 

Tak jak pisałem wczoraj, bardzo lubiłem rysować i to się nie zmieniło ani na chwilkę, 

a w okresie omawianych ośmiu lat wyrysowałem zapewne wagon papieru... 

No przesadzam, oczywiście, wagon żadną miarą nie zmieściłby się w szafkach i na regałach

moich raptem 5 metrów kwadratowych, czyli mojej połowy pokoju w 28 metrowym

mieszkaniu na ulicy Niepodległości... Ale było ich sporo. Więcej o tym dodam na koniec

dzisiejszego wywodu - pokazując też kilkanaście wyszukanych w piwnicy przykładów. 

Przykładów absolutnie nie, miarodajnych, ponieważ..., wspomniałem już, że kilka lat po

tym jak ukończyłem podstawówkę, przenieśliśmy się w inną część miasta. 

Podczas przeprowadzki..., cóż, podczas niej wszystkie, dosłownie wszystkie, czyli co najmniej 

dwie szafki i z 8 kartonów moich szkiców, zapisków, pamiętnik, teksty najróżniejsze,

pierwsze akwarele, pastele, nawet projekty komiksów, wszystko to "znikło" jak sen jaki

złoty. Nie napiszę tu, czemu, ale niemal cały mój dziecinny "dorobek" początkującego

plastyka został wówczas utracony. Niemal, ponieważ czasami rysowałem też podczas wizyt

u Babci Zosi, tam zostało pół kartonu mniej więcej, zapisków, rysunków i szkiców

do przyszłych komiksów "super-bohaterskich" i jedno opowiadanko. To mam. Pokażę

kilkanaście prac, nie więcej, bo taka też prawda, że najlepsze co miałem uleciało z wiatrem,

a to co zostało..., to tylko wynik okoliczności. 

Druga moja pasja - wczoraj i dziś już parokroć podkreślana, również przetrwała wszystko 

- nadal lubię podglądać naturę u jej źródeł, na łąkach, w lasach... 

ale i o tym też jeszcze wielokrotnie napiszę w kolejnych odsłonach tego cyklu, zatem...

Co robiłem poza rysowaniem i bieganiem po łąkach i polach w poszukiwaniu zwierzaków? 

Hmm..., łatwiej byłoby wymienić, czego nie robiłem. 

Np., nie lubiłem nigdy grać w "nogę", "rękę", ani w "kosza" i inne podobne gry zespołowe.

Nie to, że byłem jakoś szczególnie przeciw sportowi, albo jakoś wyjątkowo słaby..., ale

nie przeszły na mnie pasje mojego ojca. Grałem gdy musiałem, w szkole głównie, 

ale poza tym..., było to dla mnie nudne. Nie przeszły na mnie również pasje mamy, nie

jestem zbytnio biegły w ekonomii i matematyce. Znów, nie, że kompletny imbecyl, 

ale..., do dobrego w te klocki też mi daleko. Nie poszedłem, w końcu, równie i w ślady sporej części

rodziny - szczególnie Galińskich, którzy zajmowali się muzyką. Dziadek grał na kilku

instrumentach, kierował miejscowym chórem jak już pisałem, jego syn - wujek Wojtek

- Wojciech Galiński - brat mojego ojca, a mój chrzestny, też gra na licznych instrumentach,

komponuje, obecnie gra i grał wiele dawniej w lokalnych zespołach, m.in., w zapewne

 znanym miejscowym dawnym zespole "Kamyki", a także w czasach, gdy Ciechowski

mieszkał jeszcze "w tym pewnym małym mieście" - Tczewie, o którym czasem tak 

sobie wspominał w czasie swojej najlepszej kariery... Lecz znów idę w dygresje..., zatem

nie, muzyka też nie "nastroiła" moich neuronów. 

Co lubiłem robić? Zbierałem..., oj wiele rzeczy, znaczki, monety, dekoracyjne kamienie, 

kryształy, czaszki..., różnych zwierzaków (żaden nie zginął z mojej ręki, po prostu na

spacerze czasem znalazło się to i owo), muszle ślimaków i rodzimych i zamorskich,

skamienieliny, pocztówki..., i co tam jeszcze. Poza tym mniej więcej od 12 roku życia

pociągnęło mnie wędkarstwo. O wędkarstwie moim też więcej napiszę odrębnie, zwłaszcza,

że zamierzam do niego wrócić, po..., jakoś takoś dekadzie. 

Poza tym obok obserwowania przyrody na zewnątrz, całe dzieciństwo w moim domu były

jakieś  żywe stworzenia. Ale były wyłącznie dzięki mnie. Moi rodzice tylko dzięki moim

zainteresowaniom dziś dobrze odróżniają co to jeleń, co to sarna, a co łoś..., a szczególnie 

mama uwrażliwiła się na świat natury. Mama zawsze wprawdzie, od dzieciństwa lubiła 

koty, ale w maleńkim mieszkaniu nie mieliśmy warunków na tak duże stworzenie. 

Z typowo hodowlanych i najdłużej miałem w domu - myszy.... Białe, czarne, kolorowe,

ponad 7 lat było ich dużo. Pan mysz Stefan, albinos jak się patrzy, był najdłużej żyjącą 

moją myszką. Gdy odchodził w słusznym wieku lat 4 i pół, był już łysy na głowie i karku...

Z ulubionych moich myszek była też Katarzynka, myszka czarna z białym brzuszkiem,

którą odratowałem z odrzuconych przez matkę, ponieważ jakaś infekcja jeszcze w okresie

niemowlęcym odebrała jej jedną tylną nóżkę i ogon..., ale wykarmiona, wyrosła na myszkę

może niewielkich rozmiarów, ale żywotną - miała kilkadziesiąt młodych i żyła także blisko

4 lata... Myszy przestałem hodować - a w każdym razie rozmnażać i sprzedawać - gdy

okazało się, że są potem odsprzedawane jako pokarm dla węży i innych stworzeń... 

Ale zanim przejdę do kolejnego tematu, jeszcze drogą anegdoty - wspomnę, że kiedyś

przewróciło mi się akwarium z młodymi z dwóch miotów..., całe 10 maleńkich myszek 

(ale już takich spoko biegających) pouciekało gdzie mogło. W ciągu dnia złapałem 9. 

Dziesiątej nie mogłem namierzyć 3 dni i już się martwiłem, że zginęła, ale..., wówczas

ojciec mój stanął na wadze domowej i..., jako, że były to jeszcze stare wagi mechaniczne, 

o całkiem skomplikowanym wnętrzu i szkiełku ponad tarczą..., mysz znalazła się, bo

zasłoniła ojcu wskazanie wagi...

Taaak, tatuś mój kilkukrotnie miał problem z moimi uciekinierami i to nie tylko z myszami,

także np., z traszkami. Traszki to płazy ogoniaste - przypominające jaszczurki, ale od nich

wolniejsze, pokryte tylko "gołą" skórą bez łusek - zatem w dotyku przypominające żabę.

Łapałem takie nad Wisłą, w kanałach nawodniających ogródki działkowe i itp., potem

hodowałem w swoim akwarium / terrarium, czasami składały jajka, miałem wówczas

możliwość obserwować ich życie od postaci larwalnej.

Ale raz uciekły - jedną znalazłem sam, drugą mój tato - rano, w kapciu...

Hodowałem ogólnie - poza myszkami, tylko welonki kupne, reszta lokatorów pochodziła 

z wód i lądów..., w i wokół miasta. Hodowałem motyle i ćmy od gąsienic, żaby i ropuchy

od skrzeku, a i ryby złowione jako potencjalne żywce, ostatecznie często trafiały do akwarium. 

Miałem też długo akwarium poświęcone jedynie bezkręgowcom, chrząszczom, ważkom,

ślimakom, małżom, kiełżom, rakom, stułbiom, a i planktonowi, który uwielbiałem oglądać

pod mikroskopem... Miałem też lunetę, plastikową, dla majstrujących do samodzielnego

złożenia, ale była. 

Podsumowując to wszystko, nadal nie rozumiem, jak ja się mieściłem na 5 metrach 

kwadratowych... Ponownie, mam wrażenie jakiegoś zagięcia czasu i przestrzeni, 

czy szafy - która - jak w historii młodego czarodzieja - jest w środku większa niż na

zewnątrz... 

A potem zacząłem dorastać..., ale..., o perypetiach tego rodzaju napiszę również oddzielnie,

kiedyś, poza głównym wątkiem, a tu jeszcze, nim przejdę do końcówki, wspomnę 

o ważnym życiowym doświadczeniu, które wiele zmieniło. Było to w roku..., 1989. 

Nie, nie chodzi o upadek komuny, tym razem zbieżność dat i moich doświadczeń istotnych,

jest czysto przypadkowa. 

Pewnego dnia, jak często - odkąd tylko mogłem (w każdym razie bezkarnie), siedziałem

sobie na łące, w okolicach tzw., wojskowych terenów - położonego pod miastem poligonu

saperów - jeszcze nie na ich terenie (sól w tyłku to nie był dla mnie ciekawy eksperyment),

ale blisko. Tam łąka to było "coś", trawy i ziółka rosły bujnie, gęsto i wysoko, nierzadko

ponad moją głowę. Lubiłem w wolnych chwilach chodzić tam całkiem sam, siadać w

gęstwinie i słuchać, oglądać bujne życie - tak zwierząt jak i roślin. 

Tamtego dnia, 14 lipca, w 14 roku mojego życia, nagle poczułem, że jestem taki, jak te

 wszystkie stworzenia wokół mnie, cząstką nierozerwalną natury, a zarazem jedyną w

 swoim rodzaju istotą, istotą z bardzo ograniczonymi zmysłami, a jednak dostrzegającą tak

wiele, tak małą, a jednocześnie ważną. A potem miałem - na jawie - bez żadnych sztuczek

czy "substancji" (których zresztą nigdy nawet nie próbowałem - bo nie potrzebowałem)

- wrażenie podobne do popularnej, współczesnej animacji, jak to wychodzimy od człowieka

- potem widzimy go coraz bardziej z góry, jak zmniejsza się w skali pejzażu, znika, pejzaż

znika w skali kontynentu, kontynent w skali planety, planeta w skali kosmosu...

Pyłek na wietrze na pyłku w galaktyce, na pyłku galaktyki w skali wszechświata, a przecież

tyle jest jeszcze poziomów postrzegania w drugą stronę - przez komórki, cząsteczki, atomy,

elektrony, protony i neutrony, i dalej ku cząstkom subatomowym...

Na dodatek, nie było to uczucie nieprzyjemne, raczej..., napawające chęcią poznawania

wszystkiego jeszcze intensywniej, niż dotąd. 

Trudno mi przecenić to doświadczenie. Pamiętam je jak gdyby zdarzyło się godzinę, minuty

temu, a to było tak dawno, bo już ponad 34 lata temu. 

Właściwie powinienem na tym zakończyć, ale wspomniałem wcześniej, że dam jeszcze

kilka przykładów moich rysunków z młodych lat - czasami rysowałem na czystych

kartkach, czasami takich z zeszytów, bo w szkole..., i..., większość pochodzi z okresu około

5-8 klasy = wcześniejszych, jak wspomniałem, nie mam. 

Ach, i jeśli ktoś sądzi, że będą to pejzaże, martwe natury, czy kwiatki, nastrojowe

surrealizmy albo portrety, to..., nie. W tamtym czasie, zwłaszcza gdzieś tak od 12 lat, 

zaczytywałem się w powieściach sci-fi, fantastyce, bardzo interesowała mnie ilustracja 

z tego zakresu i komiksy..., a siedząc u babci, u której bywałem często zaraz po szkole na

smacznych obiadkach (mama pracowała wówczas w banku, ojciec nierzadko cały dzień był

poza domem - bo szkoła, bo po-południowe treningi, bo jakieś zawody to tu to tam, albo

dodatkowe zajęcia w innych placówkach i itp.), zatem..., u babci jeśli cokolwiek rysowałem, 

to tylko to, co zdołałem wymyślić...

Będą to zatem moi super-bohaterzy (to była wprawdzie jeszcze komuna, ale - zwłaszcza 

w drugiej połowie lat  80' XX wieku wiele rzeczy przepływało z Niemiec, od rodzin na

Zachodzie...)..., smoki, ufoludki i inne dziwnostki. Warto dodać, że ja rzadko cokolwiek

kopiowałem, większość tych prac w ogóle nie jest wprost inspirowana ani podpatrywana,

kopiowana (tzn., oglądałem wiele komiksów, ilustracji w "Fantastyce" i inne) - po prostu

rysowałem na tyle dużo, że po paru latach tworzyłem już wprost "z głowy". 

No i chciałem robić własne komiksy, ilustrować swoje pierwsze opowiadanka, poza tym 

były lata 80', byłem nastolatkiem, nie było Internetu, nie było oprogramowania graficznego,

komputery - choć pierwsze już były, poziom grafiki miały śmieszny..., a ja wciąż jeszcze

byłem tylko naiwnym samoukiem... Sorry, że się tak ubezpieczam, ale..., wiecie, wielu ludzi

postrzega mnie głównie poprzez to, co robię teraz, albo od kilkunastu lat, a to, to był całkiem

inny świat, który zarzuciłem ostatecznie dopiero koło roku 1995..., choć właściwie głównie

wtedy, gdy podczas wspomnianej przeprowadzki, większość moich rysunkowych 

(i nie tylko) wysiłków..., została po prostu wyrzucona... 

No to siup: 



Napisałem już na kartce, co to, ale miała to być postać do komiksu, nie jestem pewien
na sto procent, wydaje mi się, że rysunek ten / projekt postaci powstał jakoś koło roku 1986

Kolejna postać do komiksu, który nigdy nie powstał,
obie zupełnie zmyślone. 

A to miało być do historii o niepokonanym smoku... 

A tu sobie zmyśliłem potworki... 



Kolejny smok ;) 

I jeszcze jeden. 



A to..., kolejny komiks nigdy nie powstały, chyba gdzieś z końcówki szkoły. 


Mój pierwszy własny superbohater, nie pamiętam nawet jak go nazwałem... 



A to już 8 klasa i bardziej abstrakcyjna postać. 


To - w komiksie miała być ilustracja wyładowań elektrycznych... 


Ot i tyle. Tak zakończę temat trzeciego tekstu autobio - a jutro czwarty, krótszy, ale bardziej 

soczysty, tak pozytywnie, jak i..., NEGATYWNIE. Zapraszam. 


piątek, 22 września 2023

Pierwsze kroki - część 2: "Pierwsze lata".

 W tej części tekstu - odnoszę się do pierwszych 6 lat życia, zanim trafiłem do szkoły podstawowej. Inaczej niż w poprzedniej, tylko częściowo opieram się na opowieści osób trzecich - z rodziny, znajomych. 

Zacznijmy... 

Wczoraj wspomniałem, że na świat przyszedłem w maju 1975 roku, w gdańskim szpitalu.

Jak mówi moja mama - zdaniem lekarza odbierającego poród - byłem "leniuszkiem", bowiem urodziłem się kilka dni po terminie, a i płakać na starcie nie chciałem sam z siebie, dopiero klaps lekarski wzbudził moje stanowcze oburzenie... 

Rodzice mieszkali na nowo pobudowanym osiedlu "Nowe Miasto". Wówczas niemal przedmieścia, a dziś okolica kojarzona raczej jako środek miasta. W okolicy były - dworzec kolejowy i autobusowy, a także PKS-u. Poza tym rzut beretem (jeśli rzucony byłby silną ręką, to dosłownie), od parafii i kościoła pod wezwaniem św. Józefa - co zresztą zaprawiło mnie do umiejętności zasypiania nawet w hałasie - wiadomo, dzwony, autobusy, pociągi... 

Mieszkaliśmy na typowym dla lat 70' XX wieku blokowisku. Blok "nasz" stał przy ulicy Niepodległości, miał numer 8. Mieszkanie nr. 8..., na drugim piętrze i mierzyło całe 28 metrów kwadratowych, składając się z dwóch pokoi, krótkiego korytarza, kuchni i łazienki. Taki ówczesny standard. Z dzisiejszej perspektywy można by powiedzieć, że mieszkaliśmy bardzo skromnie, ale dla małego mnie był to długo wielki pokój, nawet gdy od lata 1978, roku dzieliłem go z siostrą. 

Jak by to było wczoraj, dokładnie pamiętam wystrój pokoju, wiele zabawek, w tym dmuchanego krokodyla... Gdy pojawiła się siostra, wystrój z musu mocno się zmienił i tu już moje wspomnienia idealne są jedynie, co do mojej połowy pokoju. 

Miałem część od drzwi na korytarz, siostra połowę przy oknie. Pod ścianą było łóżko składane jak barek.., w większym meblu z licznymi półkami. Blisko, prostopadle stał drugi regał, i tak dalej i dalej... 

Pierwsze wspomnienia mam bardzo porwane, jakieś pojedyncze wrażenia, sceny, sytuacje - szczególnie - sięgające zimy roku 1978, czyli nieco przed tym, gdy ukończyłem 3 lata, aż po zimę roku 1980 - przed piątymi urodzinami. Oczywiście, gdyby wszystkie te strzępki zebrać razem, powstałaby całkiem spora lista, ale w skali w ogóle, życia, jest ich niewiele. 

Np., pamiętam dobrze przejęcie rodziców, dziadków i innych naszych krewnych, znajomych, gdy w październiku roku 1978 ogłoszono wybór Karola Wojtyły na papieża. O, było to dla wszystkich bliskich wydarzenie i radosne i napawające nadzieją na lepszą przyszłość.

Zimę z przełomu lat 1978 / 79 pamiętam całkiem dobrze - już wówczas była nazywana zimą stulecia. Być może ta nazwa używana jest nieco nad wyraz, niemniej..., bardzo dobrze pamiętam niepokój - gdy wychodząc z domu dojrzałem biało-niebieskie ściany wokół siebie, wyższe niż ja - i to w czapce z pomponem... Wyjątkowe opady śniegu sprawiły, że ten, jeszcze odgarnięty spod bloku tak by można było wyjść - w szczytach spiętrzenia sięgał około półtora metra..., ach, gdzież te zimy, podczas których dzieciaki brodziły po śniegu, budowały igla i wielgachne bałwany, a nawet "fortece" z wysokimi murami i wieżyczkami... Gdzież te zimy pełne śmiechu towarzyszącego zjeżdżaniu na sankach, skakaniu z podwyższeń prosto w zaspy, i obrzucania się śnieżnymi kulkami... Pomyśleć, że niektóre współczesne dzieci może raz czy dwa miały taką możliwość i to i tak, krótko. 

Moje wczesne dzieciństwo było ogólnie bardzo szczęśliwe i zasadniczo spokojne acz trzeba - dla prawdy - wspomnieć o poważnym zgrzycie. 

Piszę o przedszkolu. 

Miałem wyjątkowe szczęście - ponieważ przez wiele lat zajmowała się mną babcia, a to - wspomniana wczoraj Zofia Szwabe, z domu (w Zamościu) Krzysztofowicz. Babcia Zosia..., była najukochańszą osobą w perspektywie mojego dzieciństwa, oczywiście, nie mówiąc o mamie. Tak, serio, była dla mnie aż na drugim miejscu. Zatem dzięki babci jedynie przez kilka miesięcy musiałem chodzić do państwowego przedszkola (prywatnych podówczas nie było). I głęboko współczuję tym dzieciom, które musiały tam chodzić od 3 roku życia... (...). 

Panie wciąż na dzieci wrzeszczały, każdy musiał robić to, co mu kazano, kiedy kazano, spać od do, albo bez sensu leżeć, jeść od do, ani chwili dłużej (na szczęście byłem niejadkiem, więc niewiele mnie to obeszło i jadłem w niemym buncie tak, jak chciałem), jedzenie..., koszmarna legumina zamiast ziemniaków, kiełbasy złożone chyba z samych chrząstek, kompoty rozwodnione do tego stopnia, że nawet owoce obraziłyby się, wiedząc do czego posłużą... Do tego bardzo przykre sposoby zdobywania posłuchu. Klapsy, to raz, wrzask taki, że uszy więdły to dwa, stanie w kącie godzinami, trzy - a ja nigdy chyba nie zapomnę, gdy pani pewna straszyła nas gniewem bożym, gdy nie chcieliśmy leżeć po obiedzie, a akurat przechodziła nad przedszkolem paskudna, ostra burza... Ten obraz mógłbym i dziś namalować zupełnie z pamięci... 

Oto, pamiętajcie, dzisiejsi rodzice - jak takie rzeczy ryją głęboko dziecinną bańkę..., oj, oj, nikomu nie życzę takich wspomnień. 

Pamiętam też, że od maleńkości najmniejszej, gdy tylko dłonie mogły cokolwiek utrzymać uwielbiałem..., używać kredek. Właściwie powinienem powiedzieć, że od dzieciństwa lubiłem rysować..., ale obiektywnie patrząc, rysunek i gryzmołki - towarzyszące mi przez kilka pierwszych lat - to dwie, całkiem inne kwestie. 

W każdym razie, ja takich gryzmołków stworzyłem ponoć..., baaaarrdzoooo dużo. 

Na kartkach, w blokach, w szkicownikach, na meblach, ścianach (do sufitu na szczęście nie sięgałem, choć chęci nie brakło...), zabawkach..., a raz, także w wielkiej księdze rozchodów i przychodów mojego dziadka - podówczas dyrektora tczewskiego oddziału PKO... To ostatnie mogę udowodnić, ponieważ moi rodzice ów fakt udokumentowali: 


Jak widać na załączonym dowodzie rzeczowym, w momencie danym - byłem już w około 2/3 pracy nad ukończeniem projektu... ehm, ehm. Widać tam również, z prawej strony, jak próbuję już tworzyć pierwsze portrety... 

Rysowałem zresztą i dalej i znów, coraz lepiej, a pierwszymi inspiracjami były m.in., kreskówki z grubsza fantastyczne i sci-fi, a te zawsze w TV "leciały" - obok "Misia Uszatka" - którego przygody uwielbiałem, często rzewnie płacząc nad - zawsze zbyt prędkim zakończeniem, Misia Kolargola (którego się bałem), zabawnego krecika aż po - obecnie zapewne niepoprawne politycznie - przygody Wilka i Zająca (kto, żyjąc ciut lat - nie pamięta: "Nu pagadzi zajac, jeszczo ja ciebia...").................

W każdym razie, z tych bardzo wczesnych prac nie zostało mi nic, to znaczy, z jednym, jednym wyjątkiem rysunku z 1981 roku, w starym - chyba jeszcze rodziców - zeszycie, który przetrwał chyba wyłącznie dlatego, że na pamiątkę wzięła go sobie moja babcia... 

A otóż i on: 


Jak widać, około 6 roku życia, zamiast gryzmolić na luziku, używałem już linijki... 

To - o ile pamięć mnie nie zawodzi, nie był żaden wyjątkowo dobry rysunek, ale właśnie ten spodobał się mojej kochanej babci Zosi i tym sposobem przetrwał do dziś. 

Drugą z wielkich moich pasji - było podglądanie natury. Inne dzieci bawiły się w piaskownicy, biegały wrzeszcząc i machając kończynami (w większej części bez sensu), albo ganiały gołębie, ja zaś zazwyczaj siedziałem sobie gdzieś pod blokiem, albo na trawniku, w przyblokowych ogródkach zaprzyjaźnionych sąsiadów...., i obserwowałem. Mrówki biegające wśród mszyc, biedronki te mszyce pożerające, chrząszcze liczne a pocieszne, biegające dookoła, koniki polne, itp., itd., itp., itd... 

Gdy już nauczyłem się mówić, latem roku 1980, w słusznym wieku lat pięciu, pokłóciłem się nawet z pewnym nauczycielem, który sugerował, że biedronki jedzą pyłek z kwiatów. Najpierw mnie uciszono, no bo wiadomo - nauczyciel ma "zawsze rację", ale gdy ten już sobie poszedł..., pobiegłem po odpowiednią książkę i udowodniłem swoje racje! Ach, te miny dorosłych, oj, pamiętam je do dziś. 

Koniec części drugiej, stanowczo nie ostatniej - jutro trzecia, na temat mojego życia

z okresie szkoły podstawowej - czyli z lat 1982 - 1990. 

Zapraszam! 










czwartek, 21 września 2023

Pierwsze kroki cz.1 - skąd się wziąłem...

Pamięć to spora część naszej indywidualnej tożsamości. Gdybym stracił całą, miałbym tylko początkowy dziecięcy charakter i atawistyczne odruchy, może pamięć mięśniową - ale nie byłbym już sobą

Dlatego powstały te teksty, a przyszłość, która, mam nadzieję, będzie mnie wiodła przez świat jeszcze wiele lat - spiszę po prostu bardziej na bieżąco, z roku na rok, wracając do zarzuconej po szkole podstawowej - formy pamiętnika. 

Zresztą, podobnie jak masa moich szkiców i rysunków, pierwszych akwarel i pasteli, wszystkie te dawne notatniki "znikły" w momencie przeprowadzki do nowego, aktualnego mieszkania, jeszcze w latach 90' XX wieku. Z początku sądziłem, że ich "zniknięcie" było przypadkowe, obecnie wiem, że nie. 

Pierwsza seria tekstów zakończy się na roku 2011 - kolejna - opublikowana zapewne na początku przyszłego roku, obejmie lata 2012 - 2023... 

Zatem...

Skąd się wziąłem? 

Często mówimy, że gdyby można było zmienić wydarzenia z przeszłości, cofnąć się i zabić np., Stalina, czy Hitlera, nie byłoby wojny, nie byłoby "komuny", a gdyby cofnąć się nieco dalej i ukatrupić kilku polskich wichrzycieli i głów państw ościennych, mogło by nawet nie być zaborów..., nie byłoby zatem masy złych i strasznych wydarzeń. 

Nie byłoby jednak, również, wielu chwil wspaniałych i szczęśliwych, średnich na jeża i po prostu zwykłych, codziennych. 

Wszystko byłoby inne. 

Nie byłoby także i mnie. 

Dosłownie.

Losy mojej rodziny są pogmatwane, różnorodne, ale wiele osób - kluczowych dla mojego zaistnienia - spotkało się w rodzinnym Tczewie jedynie dlatego, że było, jak było. 

Ojciec mojej mamy jako jedyny z tego pokolenia urodził się w Tczewie. Ale nawet to nie pomogłoby, bowiem dziadek babcię - mamę mojej mamy, spotkał jedynie z powodu wybuchu II Wojny Światowej. Babcia moja - Zofia, z domu Krzysztofowicz - mieszkała bowiem w Zamościu. Dziadek, pochodzący z rodziny, w części o korzeniach niemieckich i nazwisku Schwabe..., zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich miał być wcielony do wojska, lub trafić do obozu..., a, że nie chciał, uciekł z transportu, a następnie udał się tak daleko jak tylko mógł - do Zamościa i tam przetrwał wojnę, jednocześnie poznając babcię i..., do Tczewa, po wojnie wrócił już z żoną u boku. 

Z drugiej strony rodziny - po linii ojca - historia wnika w temat jeszcze głębiej. Ród mojej babci Anieli - z domu Donaj - wywodził się z Wielkopolski. Piszę ród, ponieważ jest tu w tle jeszcze i tzw., mezalians i herbowa sytuacja (zresztą nie jedyna taka, w rodzinie) - w której przodkiem matki ojca babci mojej, Anieli, był francuski oficer armii napoleońskiej, który w czasie kampanii biegnącej przez nasz kraj poznał piękną ziemiankę, zakochał się, a potem wrócił do Polski i..., i sami widzicie..., jak się losy pleść potrafią, w serpentyny i gordyjskie wręcz węzły. 

Ojciec babci, pradziadek - Marcin Donaj - powstaniec wielkopolski - w międzywojniu nie zawsze miał szczęście w interesach, zatem co jakiś czas zmieniał miejsce pobytu. Jakiś czas mieszkał jeszcze na terenach wiejskich, gdzie się urodził, potem np., w Kościanie - średnim mieście pod Poznaniem (do dziś mieszkają tam dalsi, nieznani mi krewni, jest też kamienica - "Donajówką" zwana), następnie znów się przemieszczał, to tu to tam, a gdy nadszedł czas straszliwej II wojny, zmuszony był wyjechać na południe Polski, bo na Lubelszczyznę i w okolice Zamojszczyzny. Ale jemu, niestety, szczęście nie dopisało i leży gdzieś, w nieoznaczonym grobie, zastrzelony przez pewnego hitlerowskiego kolaboranta... 

Z kolei żonę pradziadka i jego dzieci, w tym babcię Anielę - którą my, wnuki, zwaliśmy zawsze Babcią Adą - los popchnął na Kociewie, z początku przede wszystkim do Starogardu Gdańskiego. 

Dziadek mój, ojciec ojca - wychował się znów..., na Kujawach - w Chełmnie. O rodzinie Galińskich w Chełmnie wiem niewiele, ot widziałem kiedyś zdjęcie bractwa kurkowego z tego miasta, z udziałem jednego z dalszych przodków, zatem pewne jest, że nie była to rodzina biedna, mało znacząca w okolicy. Ale to właściwie tyle. Jakaś niechęć była w dziadku, by mówić o losach swoich krewnych stamtąd, a i niestety zmarł na tyle wcześnie, że nie miałem realnej szansy na poważną rozmowę. Przyjechał do Tczewa jako młody farmaceuta, poza tym muzyk, poznał żonę..., a nie, nie babcię Adę, ale jej przyjaciółkę. Przyjaciółka owa, okazała się być jednakże ciężko chorą na serce i..., jako, że były to dawne jeszcze czasy i medycyna nie radziła sobie z takimi schorzeniami, zmarła jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej. Niemniej, zaiskrzyło już między Anielą Donaj i dziadkiem - Leonem Galińskim. Dzięki temu, po wojnie, wrócił do Tczewa z Wielkiej Brytanii, gdzie w jej czasie był w służbach medycznych wojska alianckiego. 

I tak oto, dziadkowie, zebrani w Tczewie, spłodzili (m.in.), mojego ojca i mamę. 

Rodzice moi - Krystyna z domu Schwabe (właściwie, od czasów powojennych Szwabe), oraz ojciec - Tadeusz Galiński, poznali się w szkole. A potem...

A potem jakoś takoś pszczółka i kwiatek..., i powstał taki zbitek genów, jak ja, a w każdym razie, moja bardzo mała, i głupiutka jeszcze wersja. 

Na świat, paradoksalnie, przyszedłem w szpitalu w..., Gdańsku, szóstego maja roku 1975. 

Piszę zatem sobie - jak mam w dokumentach, acz to był czysty zbieg okoliczności, ponieważ ot - mój rozwój płodkowy zbiegł się w czasie z remontem szpitala w Tczewie... 

Zatem, mimo epizodu z Gdańskiem - dosłownie od poczęcia i zygoty - jestem z Kociewia. 

O, i tak to się, w wielkim skrócie, zaczęło. 


Koniec części pierwszej, jutro druga...