czwartek, 21 września 2023

Pierwsze kroki cz.1 - skąd się wziąłem...

Pamięć to spora część naszej indywidualnej tożsamości. Gdybym stracił całą, miałbym tylko początkowy dziecięcy charakter i atawistyczne odruchy, może pamięć mięśniową - ale nie byłbym już sobą

Dlatego powstały te teksty, a przyszłość, która, mam nadzieję, będzie mnie wiodła przez świat jeszcze wiele lat - spiszę po prostu bardziej na bieżąco, z roku na rok, wracając do zarzuconej po szkole podstawowej - formy pamiętnika. 

Zresztą, podobnie jak masa moich szkiców i rysunków, pierwszych akwarel i pasteli, wszystkie te dawne notatniki "znikły" w momencie przeprowadzki do nowego, aktualnego mieszkania, jeszcze w latach 90' XX wieku. Z początku sądziłem, że ich "zniknięcie" było przypadkowe, obecnie wiem, że nie. 

Pierwsza seria tekstów zakończy się na roku 2011 - kolejna - opublikowana zapewne na początku przyszłego roku, obejmie lata 2012 - 2023... 

Zatem...

Skąd się wziąłem? 

Często mówimy, że gdyby można było zmienić wydarzenia z przeszłości, cofnąć się i zabić np., Stalina, czy Hitlera, nie byłoby wojny, nie byłoby "komuny", a gdyby cofnąć się nieco dalej i ukatrupić kilku polskich wichrzycieli i głów państw ościennych, mogło by nawet nie być zaborów..., nie byłoby zatem masy złych i strasznych wydarzeń. 

Nie byłoby jednak, również, wielu chwil wspaniałych i szczęśliwych, średnich na jeża i po prostu zwykłych, codziennych. 

Wszystko byłoby inne. 

Nie byłoby także i mnie. 

Dosłownie.

Losy mojej rodziny są pogmatwane, różnorodne, ale wiele osób - kluczowych dla mojego zaistnienia - spotkało się w rodzinnym Tczewie jedynie dlatego, że było, jak było. 

Ojciec mojej mamy jako jedyny z tego pokolenia urodził się w Tczewie. Ale nawet to nie pomogłoby, bowiem dziadek babcię - mamę mojej mamy, spotkał jedynie z powodu wybuchu II Wojny Światowej. Babcia moja - Zofia, z domu Krzysztofowicz - mieszkała bowiem w Zamościu. Dziadek, pochodzący z rodziny, w części o korzeniach niemieckich i nazwisku Schwabe..., zaraz po wkroczeniu wojsk niemieckich miał być wcielony do wojska, lub trafić do obozu..., a, że nie chciał, uciekł z transportu, a następnie udał się tak daleko jak tylko mógł - do Zamościa i tam przetrwał wojnę, jednocześnie poznając babcię i..., do Tczewa, po wojnie wrócił już z żoną u boku. 

Z drugiej strony rodziny - po linii ojca - historia wnika w temat jeszcze głębiej. Ród mojej babci Anieli - z domu Donaj - wywodził się z Wielkopolski. Piszę ród, ponieważ jest tu w tle jeszcze i tzw., mezalians i herbowa sytuacja (zresztą nie jedyna taka, w rodzinie) - w której przodkiem matki ojca babci mojej, Anieli, był francuski oficer armii napoleońskiej, który w czasie kampanii biegnącej przez nasz kraj poznał piękną ziemiankę, zakochał się, a potem wrócił do Polski i..., i sami widzicie..., jak się losy pleść potrafią, w serpentyny i gordyjskie wręcz węzły. 

Ojciec babci, pradziadek - Marcin Donaj - powstaniec wielkopolski - w międzywojniu nie zawsze miał szczęście w interesach, zatem co jakiś czas zmieniał miejsce pobytu. Jakiś czas mieszkał jeszcze na terenach wiejskich, gdzie się urodził, potem np., w Kościanie - średnim mieście pod Poznaniem (do dziś mieszkają tam dalsi, nieznani mi krewni, jest też kamienica - "Donajówką" zwana), następnie znów się przemieszczał, to tu to tam, a gdy nadszedł czas straszliwej II wojny, zmuszony był wyjechać na południe Polski, bo na Lubelszczyznę i w okolice Zamojszczyzny. Ale jemu, niestety, szczęście nie dopisało i leży gdzieś, w nieoznaczonym grobie, zastrzelony przez pewnego hitlerowskiego kolaboranta... 

Z kolei żonę pradziadka i jego dzieci, w tym babcię Anielę - którą my, wnuki, zwaliśmy zawsze Babcią Adą - los popchnął na Kociewie, z początku przede wszystkim do Starogardu Gdańskiego. 

Dziadek mój, ojciec ojca - wychował się znów..., na Kujawach - w Chełmnie. O rodzinie Galińskich w Chełmnie wiem niewiele, ot widziałem kiedyś zdjęcie bractwa kurkowego z tego miasta, z udziałem jednego z dalszych przodków, zatem pewne jest, że nie była to rodzina biedna, mało znacząca w okolicy. Ale to właściwie tyle. Jakaś niechęć była w dziadku, by mówić o losach swoich krewnych stamtąd, a i niestety zmarł na tyle wcześnie, że nie miałem realnej szansy na poważną rozmowę. Przyjechał do Tczewa jako młody farmaceuta, poza tym muzyk, poznał żonę..., a nie, nie babcię Adę, ale jej przyjaciółkę. Przyjaciółka owa, okazała się być jednakże ciężko chorą na serce i..., jako, że były to dawne jeszcze czasy i medycyna nie radziła sobie z takimi schorzeniami, zmarła jeszcze przed wybuchem II Wojny Światowej. Niemniej, zaiskrzyło już między Anielą Donaj i dziadkiem - Leonem Galińskim. Dzięki temu, po wojnie, wrócił do Tczewa z Wielkiej Brytanii, gdzie w jej czasie był w służbach medycznych wojska alianckiego. 

I tak oto, dziadkowie, zebrani w Tczewie, spłodzili (m.in.), mojego ojca i mamę. 

Rodzice moi - Krystyna z domu Schwabe (właściwie, od czasów powojennych Szwabe), oraz ojciec - Tadeusz Galiński, poznali się w szkole. A potem...

A potem jakoś takoś pszczółka i kwiatek..., i powstał taki zbitek genów, jak ja, a w każdym razie, moja bardzo mała, i głupiutka jeszcze wersja. 

Na świat, paradoksalnie, przyszedłem w szpitalu w..., Gdańsku, szóstego maja roku 1975. 

Piszę zatem sobie - jak mam w dokumentach, acz to był czysty zbieg okoliczności, ponieważ ot - mój rozwój płodkowy zbiegł się w czasie z remontem szpitala w Tczewie... 

Zatem, mimo epizodu z Gdańskiem - dosłownie od poczęcia i zygoty - jestem z Kociewia. 

O, i tak to się, w wielkim skrócie, zaczęło. 


Koniec części pierwszej, jutro druga... 



3 komentarze:

  1. Pięknie opisałeś Pawełku.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za 1 część Pawełku i czekam na dalsze losy.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze było poznać ta malutka cząstkę ciebie.

    OdpowiedzUsuń