piątek, 22 września 2023

Pierwsze kroki - część 2: "Pierwsze lata".

 W tej części tekstu - odnoszę się do pierwszych 6 lat życia, zanim trafiłem do szkoły podstawowej. Inaczej niż w poprzedniej, tylko częściowo opieram się na opowieści osób trzecich - z rodziny, znajomych. 

Zacznijmy... 

Wczoraj wspomniałem, że na świat przyszedłem w maju 1975 roku, w gdańskim szpitalu.

Jak mówi moja mama - zdaniem lekarza odbierającego poród - byłem "leniuszkiem", bowiem urodziłem się kilka dni po terminie, a i płakać na starcie nie chciałem sam z siebie, dopiero klaps lekarski wzbudził moje stanowcze oburzenie... 

Rodzice mieszkali na nowo pobudowanym osiedlu "Nowe Miasto". Wówczas niemal przedmieścia, a dziś okolica kojarzona raczej jako środek miasta. W okolicy były - dworzec kolejowy i autobusowy, a także PKS-u. Poza tym rzut beretem (jeśli rzucony byłby silną ręką, to dosłownie), od parafii i kościoła pod wezwaniem św. Józefa - co zresztą zaprawiło mnie do umiejętności zasypiania nawet w hałasie - wiadomo, dzwony, autobusy, pociągi... 

Mieszkaliśmy na typowym dla lat 70' XX wieku blokowisku. Blok "nasz" stał przy ulicy Niepodległości, miał numer 8. Mieszkanie nr. 8..., na drugim piętrze i mierzyło całe 28 metrów kwadratowych, składając się z dwóch pokoi, krótkiego korytarza, kuchni i łazienki. Taki ówczesny standard. Z dzisiejszej perspektywy można by powiedzieć, że mieszkaliśmy bardzo skromnie, ale dla małego mnie był to długo wielki pokój, nawet gdy od lata 1978, roku dzieliłem go z siostrą. 

Jak by to było wczoraj, dokładnie pamiętam wystrój pokoju, wiele zabawek, w tym dmuchanego krokodyla... Gdy pojawiła się siostra, wystrój z musu mocno się zmienił i tu już moje wspomnienia idealne są jedynie, co do mojej połowy pokoju. 

Miałem część od drzwi na korytarz, siostra połowę przy oknie. Pod ścianą było łóżko składane jak barek.., w większym meblu z licznymi półkami. Blisko, prostopadle stał drugi regał, i tak dalej i dalej... 

Pierwsze wspomnienia mam bardzo porwane, jakieś pojedyncze wrażenia, sceny, sytuacje - szczególnie - sięgające zimy roku 1978, czyli nieco przed tym, gdy ukończyłem 3 lata, aż po zimę roku 1980 - przed piątymi urodzinami. Oczywiście, gdyby wszystkie te strzępki zebrać razem, powstałaby całkiem spora lista, ale w skali w ogóle, życia, jest ich niewiele. 

Np., pamiętam dobrze przejęcie rodziców, dziadków i innych naszych krewnych, znajomych, gdy w październiku roku 1978 ogłoszono wybór Karola Wojtyły na papieża. O, było to dla wszystkich bliskich wydarzenie i radosne i napawające nadzieją na lepszą przyszłość.

Zimę z przełomu lat 1978 / 79 pamiętam całkiem dobrze - już wówczas była nazywana zimą stulecia. Być może ta nazwa używana jest nieco nad wyraz, niemniej..., bardzo dobrze pamiętam niepokój - gdy wychodząc z domu dojrzałem biało-niebieskie ściany wokół siebie, wyższe niż ja - i to w czapce z pomponem... Wyjątkowe opady śniegu sprawiły, że ten, jeszcze odgarnięty spod bloku tak by można było wyjść - w szczytach spiętrzenia sięgał około półtora metra..., ach, gdzież te zimy, podczas których dzieciaki brodziły po śniegu, budowały igla i wielgachne bałwany, a nawet "fortece" z wysokimi murami i wieżyczkami... Gdzież te zimy pełne śmiechu towarzyszącego zjeżdżaniu na sankach, skakaniu z podwyższeń prosto w zaspy, i obrzucania się śnieżnymi kulkami... Pomyśleć, że niektóre współczesne dzieci może raz czy dwa miały taką możliwość i to i tak, krótko. 

Moje wczesne dzieciństwo było ogólnie bardzo szczęśliwe i zasadniczo spokojne acz trzeba - dla prawdy - wspomnieć o poważnym zgrzycie. 

Piszę o przedszkolu. 

Miałem wyjątkowe szczęście - ponieważ przez wiele lat zajmowała się mną babcia, a to - wspomniana wczoraj Zofia Szwabe, z domu (w Zamościu) Krzysztofowicz. Babcia Zosia..., była najukochańszą osobą w perspektywie mojego dzieciństwa, oczywiście, nie mówiąc o mamie. Tak, serio, była dla mnie aż na drugim miejscu. Zatem dzięki babci jedynie przez kilka miesięcy musiałem chodzić do państwowego przedszkola (prywatnych podówczas nie było). I głęboko współczuję tym dzieciom, które musiały tam chodzić od 3 roku życia... (...). 

Panie wciąż na dzieci wrzeszczały, każdy musiał robić to, co mu kazano, kiedy kazano, spać od do, albo bez sensu leżeć, jeść od do, ani chwili dłużej (na szczęście byłem niejadkiem, więc niewiele mnie to obeszło i jadłem w niemym buncie tak, jak chciałem), jedzenie..., koszmarna legumina zamiast ziemniaków, kiełbasy złożone chyba z samych chrząstek, kompoty rozwodnione do tego stopnia, że nawet owoce obraziłyby się, wiedząc do czego posłużą... Do tego bardzo przykre sposoby zdobywania posłuchu. Klapsy, to raz, wrzask taki, że uszy więdły to dwa, stanie w kącie godzinami, trzy - a ja nigdy chyba nie zapomnę, gdy pani pewna straszyła nas gniewem bożym, gdy nie chcieliśmy leżeć po obiedzie, a akurat przechodziła nad przedszkolem paskudna, ostra burza... Ten obraz mógłbym i dziś namalować zupełnie z pamięci... 

Oto, pamiętajcie, dzisiejsi rodzice - jak takie rzeczy ryją głęboko dziecinną bańkę..., oj, oj, nikomu nie życzę takich wspomnień. 

Pamiętam też, że od maleńkości najmniejszej, gdy tylko dłonie mogły cokolwiek utrzymać uwielbiałem..., używać kredek. Właściwie powinienem powiedzieć, że od dzieciństwa lubiłem rysować..., ale obiektywnie patrząc, rysunek i gryzmołki - towarzyszące mi przez kilka pierwszych lat - to dwie, całkiem inne kwestie. 

W każdym razie, ja takich gryzmołków stworzyłem ponoć..., baaaarrdzoooo dużo. 

Na kartkach, w blokach, w szkicownikach, na meblach, ścianach (do sufitu na szczęście nie sięgałem, choć chęci nie brakło...), zabawkach..., a raz, także w wielkiej księdze rozchodów i przychodów mojego dziadka - podówczas dyrektora tczewskiego oddziału PKO... To ostatnie mogę udowodnić, ponieważ moi rodzice ów fakt udokumentowali: 


Jak widać na załączonym dowodzie rzeczowym, w momencie danym - byłem już w około 2/3 pracy nad ukończeniem projektu... ehm, ehm. Widać tam również, z prawej strony, jak próbuję już tworzyć pierwsze portrety... 

Rysowałem zresztą i dalej i znów, coraz lepiej, a pierwszymi inspiracjami były m.in., kreskówki z grubsza fantastyczne i sci-fi, a te zawsze w TV "leciały" - obok "Misia Uszatka" - którego przygody uwielbiałem, często rzewnie płacząc nad - zawsze zbyt prędkim zakończeniem, Misia Kolargola (którego się bałem), zabawnego krecika aż po - obecnie zapewne niepoprawne politycznie - przygody Wilka i Zająca (kto, żyjąc ciut lat - nie pamięta: "Nu pagadzi zajac, jeszczo ja ciebia...").................

W każdym razie, z tych bardzo wczesnych prac nie zostało mi nic, to znaczy, z jednym, jednym wyjątkiem rysunku z 1981 roku, w starym - chyba jeszcze rodziców - zeszycie, który przetrwał chyba wyłącznie dlatego, że na pamiątkę wzięła go sobie moja babcia... 

A otóż i on: 


Jak widać, około 6 roku życia, zamiast gryzmolić na luziku, używałem już linijki... 

To - o ile pamięć mnie nie zawodzi, nie był żaden wyjątkowo dobry rysunek, ale właśnie ten spodobał się mojej kochanej babci Zosi i tym sposobem przetrwał do dziś. 

Drugą z wielkich moich pasji - było podglądanie natury. Inne dzieci bawiły się w piaskownicy, biegały wrzeszcząc i machając kończynami (w większej części bez sensu), albo ganiały gołębie, ja zaś zazwyczaj siedziałem sobie gdzieś pod blokiem, albo na trawniku, w przyblokowych ogródkach zaprzyjaźnionych sąsiadów...., i obserwowałem. Mrówki biegające wśród mszyc, biedronki te mszyce pożerające, chrząszcze liczne a pocieszne, biegające dookoła, koniki polne, itp., itd., itp., itd... 

Gdy już nauczyłem się mówić, latem roku 1980, w słusznym wieku lat pięciu, pokłóciłem się nawet z pewnym nauczycielem, który sugerował, że biedronki jedzą pyłek z kwiatów. Najpierw mnie uciszono, no bo wiadomo - nauczyciel ma "zawsze rację", ale gdy ten już sobie poszedł..., pobiegłem po odpowiednią książkę i udowodniłem swoje racje! Ach, te miny dorosłych, oj, pamiętam je do dziś. 

Koniec części drugiej, stanowczo nie ostatniej - jutro trzecia, na temat mojego życia

z okresie szkoły podstawowej - czyli z lat 1982 - 1990. 

Zapraszam! 










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz